fbpx

Z o. Robertem Bujakiem SJ, rozmawia Agnieszka Strzępka.

Agnieszka Strzępka: Po co człowiekowi spowiedź? Dlaczego may się spowiadać?

o. Robert Bujak SJ: Dlatego, że nie jesteśmy aniołami! Jeśli mamy mówić o spowiedzi, nie sposób nie dotknąć najpierw tematu grzechu. Każdy z nas ludzi ma świadomość popełnianych błędów własnych i czyichś, własnej i czyjejś niedoskonałości. Jakkolwiek dzisiejszy świat próbuje nas uczyć, że wszystko jest nam wolno, mamy świadomość naszej skłonności do grzechu, który jest jak „szczęście”,  błyskotka, za którą biegniemy, a później orientujemy się, że to miraż, coś pozornego. W konsekwencji bardziej szczęśliwi nie jesteśmy! Przeciwnie – jest nam gorzej! 

 

Życie ludzkie jest jak droga. Czy wierzący, czy niewierzący, w życiu bywa pięknie i prosto, ale zdarza się także, że nasza droga staje się stroma, niebezpieczna, śliska. Dlatego Bóg daje nam drogowskazy – przykazania, które mają nas uchronić przed nami samymi, przed naszą brawurą! Jest to kolejny znak Jego miłości do nas. Oczywiście mając wolną wolę mogę powiedzieć: „Mnie te przykazania nie interesują! Ja jadę na skróty! Ten znak jest tu niepotrzebny…” Ot i początek grzechu! Bierze się on z faktu, że ja wiem lepiej, że ja - powiedzmy sobie szczerze - staję się „bogiem” wyznaczającym normy postępowania.

Kto jednak z kierowców, którzy wypadli z trasy, czy zakopali się na manowcach chcąc jechać po swojemu, kwestionuje użyteczność pomocy drogowej? Spowiedź - ja wolę nazywać ją Sakramentem Pojednania - to pomoc, w sytuacji gdy orientujemy się, że nie jest nam dobrze, że zbłądziliśmy, że nie możemy poradzić sobie sami. Gdy człowiek rozumie sytuację swojego położenia, zaczyna szukać pomocy. W takiej sytuacji Bóg okazuje kolejny znak swojej miłości. Posyła Swojego Jedynego Syna, by nas szukać i znaleźć. Przypłacił to swoim życiem, aby nas wyciągnąć! Sakrament Pojednania jest kołem ratunkowym dla wszystkich, którzy źle się mają. Ratunkiem, po który można sięgnąć zawsze.

Chrystus mówił o miłości, a nie o grzechach kobiety, „która prowadziła w mieście życie grzeszne” (Łk 7, 37). Jak powinniśmy patrzeć na siebie?

Jezus mówił zarówno o miłości, jak i o grzechach. Zresztą te rzeczywistości są ze sobą ściśle związane. Czyż grzech nie jest zaprzeczeniem miłości, wyborem takiej „miłości”, które nie czyni z nas ludzi szczęśliwych? Wydaje mi się, że w życiu poszukujemy miłości, ale rozumiemy ją często na opak. Tak bardzo jej potrzebujemy, że jesteśmy w stanie poświęcić bardzo wiele. Owa kobieta zapewne też jej poszukiwała. Przychodząc do Jezusa jednak przewartościowała już swoje życie. Powiedzielibyśmy, że zrobiła już rachunek sumienia, czyli swoisty bilans zysków i strat ze swojego dotychczasowego życia. Skoro przychodzi, płacze, łzami obmywa stopy Jezusa i włosami je ocierała, wyraża w ten sposób, co czuje w sercu. Możemy domyślać się, że jest to ból i uniżenie, ale równocześnie radość odnalezienia Jezusa - jej największej miłości.

Jezus, który „przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10), widzi bardziej to jej pragnienie zmiany życia, niż liczne grzechy. Bóg zna nasze serca. Wie co uczyniliśmy, ale zna również cały kontekst naszego życia, z których te grzechy się biorą. Takiemu Bogu nie chodzi chyba o to, byśmy wyszukiwali w sobie grzechy, ale o budowanie na prawdzie – trwałym fundamencie. Sakrament Pojednania jest miejscem spotkania z człowiekiem w prawdzie. Bóg przychodzi do nas tam, gdzie de facto jesteśmy, a nie do naszych deklaracji i obietnic. Będąc Bogiem dobrym, szuka w nas tego, co dobre. Grzech jest złem, który sami sobie wyrządzamy. Jego boli to, co nas boli. Cóż za radość, kiedy Bóg może wreszcie zaleczyć rany grzechu…

Dlaczego trudno przystępować do sakramentu pojednania?

Trudności z sakramentem pokuty mogą wynikać z faktu, że: 1. traktuje się go jako kolejny obowiązek; 2. przeżywamy spowiedź bardziej jako sakrament spotkania z własnymi grzechami niż z Bożym Miłosierdziem; 3. żyjemy w świecie, który próbuje wyeliminować pojęcie grzechu, jakby zło nie istniało, a wtedy i spowiedź wydaje się zbyteczna; 4. trudności z sakramentem mogą brać się również z jakiegoś negatywnego doświadczenia z przeszłości, np. zranienia w konfesjonale. Bardzo mi z tego powodu przykro, ale to też czasem się zdarza. Ponieważ tu człowiek przychodzi z najbardziej delikatnymi sprawami swojej duszy i taką delikatność winno mu się ofiarować. Oby tylko nie odrzucić Boga, którego potrzebujemy, dlatego, że ktoś kiedyś, z niezrozumiałych powodów i po ludzku źle się zachował w stosunku do nas.

Jak złagodzić stres związany ze wstydem i lękiem przed spowiedzią, a jednocześnie odkryć istotę i właściwy sens sakramentu? 

Wydaje mi się, że najważniejsze jest by prawdziwe poznać Boga. Jeśli będę Go postrzegał jako strasznego sędziego, zawsze będę się Go bał. Jeśli będę widział w Nim wymagającego ojca, zawsze się będę wstydził. Oczywiście, jeśli chodzi o grzechy nie ma się czym szczycić… Trzeba nam jednak nade wszystko doświadczyć, że jest to Ojciec dobry, kochający, który czeka na swoje dziecko. Kiedy myślę o Sakramencie Pojednania, czy mówię o istocie spowiedzi, zawsze wracam do przypowieści o Synu Marnotrawnym (Łk 15, 11-32). Ktoś nazwał ją kiedyś przypowieścią o „Marnotrawnym Ojcu”, a ja lubię ją nazywać przypowieścią „O dwóch synach, którzy nie znali swojego ojca”. Jest w niej wszystko: grzech, żal za grzechy, rachunek sumienia, postanowienie poprawy, wyznanie grzechów. Najważniejsza dla młodszego syna była decyzja: „zabiorę się i pójdę do mojego ojca” (Łk 15, 18). To, co może zrobić człowiek ze swej strony, to zebrać się w sobie i z całą świadomością swoich win iść z nadzieją, że zostanie przyjętym. Tam czeka na niego miłosierny Ojciec, który go wypatrywał, wzruszył się głęboko, wybiegł mu naprzeciw, rzucił mu się na szyję, ucałował go. Kiedy zaś syn odważył się wyznać swoje winy, Ojciec jakby go nie słuchał. Radość, która Go przepełniała kazała przywrócić go do godności (szata, pierścień, sandały) i świętowania (uczta). Taki jest nasz Bóg! Czy trzeba się Go bać?

Jaka jest rola sumienia przy spowiedzi?

Jest kluczowa. Potrzebujemy zawsze, a w naszych czasach szczególnie, dobrze ukształtowanego osądu, co jest dobre a co złe. Potrzebujemy wiedzieć, co jest warte, a co nie i dlaczego. Dziś nie wystarczy już tylko odwołać się do zasady: „bo tak Kościół naucza”. Współcześnie ludzie domagają się uzasadnienia naszego postępowania. Kiedy chłopka chce współżyć z dziewczyną, dla której czystość przedmałżeńska jest wartością, nie wystarczy chyba powiedzieć: „Kościół zakazuje”. Sytuacja ta wymaga od niej osobistego zajęcia stanowiska dlaczego ona nie chce. Z sumieniem to jak z wrażliwością. Jeśli nie widzę brudu w domu, nigdy nie będę sprzątał. O konsekwencjach tego stanu rzeczy nie będę się rozwodził. Wielu dzisiaj nie sprząta w sercu sądząc, że tak jest im lepiej. Może być też przeciwnie, jeśli za bardzo będę się koncentrował na najmniejszych nawet zabrudzeniach, stracę dystans do siebie, będę umęczony i stracę radość życia. 

Spowiadanie się z tych samych grzechów ma sens? 

Sens spowiadania się z tych samych grzechów? Taki sam, jak sens mycia rąk, wiedząc, że znów się ubrudzą? Otrzymujemy sakrament, by nam był pomocą w życiu. Jeśli sobie nie radzę, szukam Kogoś, kto może mi pomóc. Pytanie zadałbym inaczej: „jak to się dzieje, że mimo spowiadania, powracam do tych samych grzechów?” Jeśli tak spojrzeć na sprawę, to rodzą mi się trzy odpowiedzi: 1. zmiany mogą dokonywać się nie od razu, 2. może to być trudność bardziej natury psychologicznej, 3. ktoś taki żyje od spowiedzi do spowiedzi, nie pracując nad sobą w codzienności. Co do tego ostatniego, unikałbym traktowania tego sakramentu jak wycieraczki – narzędzia do pozbywania się grzechów. Sądzę, że rozmowa ze stałym spowiednikiem czy kierownikiem duchowym, kto nas zna, może pomóc zrozumieć, dlaczego upadam w te same grzechy. 

Co to znaczy „zobaczyć i uznać” swój grzech?

„Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają” (Łk 5,31). Tylko ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że choruje i nie radzi sobie sam, szuka lekarza. Tego, kto uważa się za zdrowego, nikt nie przekona o potrzebie leczenia. Pierwsze więc to „zobaczyć” czy jestem zdrowy duchowo: rozważyć, na ile moje życie jest w zgodzie ze wskazaniami Boga, czy jestem szczęśliwy nie tylko na chwilę, jakimi zasadami kieruję się w moim życiu, nie tylko czy unikam zła, ale czy czynię dobro itp. „Zobaczyć” jednak nie wystarczy! Jeśli komuś jest dobrze w bagnie, nigdy z niego nie wyjdzie. Wydaje mi się, że „uznać” to poczuć ciężar swoich grzechów. Nie usprawiedliwiać się, ale stanąć w całej odpowiedzialności za to, co się uczyniło.

Czy spowiedź może być pewnego rodzaju psychoterapią? Do kogo udać się w sytuacji depresji?

Jakkolwiek mówimy o człowieku, który jest istotą duchową, psychiczną i cielesną, nie próbowałbym porównywać tych rzeczywistości. Rządzą się one różnymi podstawami, prawami, podejściem, jakkolwiek niektóre efekty można odczuwać podobnie: ulgę, radość, odkrycie sensu, lekkość itp. Zarówno w spowiedzi, jak i w terapii chodzi o dobro człowieka, jednak spowiedź winna być nade wszystko spotkaniem z Bogiem, który zbawia całego człowieka. Psychoterapia jest spotkaniem z człowiekiem, który może pomóc, (i często jest ta pomoc niezbędna), innemu stanąć w prawdzie o sobie samym. Pomaga, gdy ten próbuje zrozumieć siebie i pracuje nad sobą na poziomie ludzkim. Nieraz przekonywałem się, że psychoterapia nie wystarcza, choć jest dobrym przygotowaniem dla wierzących do spotkania z Bogiem w sakramencie.

W sytuacji podejrzenia o depresję radziłbym udać się do kogoś, kto kompetentnie rozezna sytuację i postawi diagnozę. Przygotowanymi do takiego rozpoznania są psycholodzy i psychiatrzy, i do nich kierowałbym daną osobę. Idealna jest sytuacja, gdy księża, psycholodzy i psychiatrzy ze sobą współpracują. Szukając dobra penitenta czy pacjenta, kierują do tego, kto w tym momencie może im bardziej pomóc.

Można nie grzeszyć? 

Można i trzeba próbować! Jaki będzie efekt? Odpowiedź pozostawiam każdemu. Jesteśmy naznaczeni skłonnością do grzechu, ale nie skazani na niego. Jesteśmy uwarunkowani, ale nie zdeterminowani. Nasze życie jest walką między tym, co w nas ziemskie i niebieskie. Sam św. Paweł mówił, że doświadcza w sobie dwóch tendencji: że czyni zło, którego nie chce i nie czyni dobra, które chce (Rz 7,19). Mówił również o ościeniu dla ciała (2 Kor 12,7). To jednak nie sprawiło, że nie został świętym. Świętość to nie tyle doskonałość, ile sztuka przeżywania wszystkiego, również grzechu, w relacji z Bogiem, który jest Święty!

Jak odróżnić grzechy? Niektórzy - wskazując na uwarunkowania ludzkiego działania - twierdzą, że bardzo trudno jest popełnić grzech ciężki, inni natomiast, są skłonni widzieć go prawie wszędzie.

Nie chciałbym się wdawać w dysputy na ten temat. Można oczywiście odnieść się do definicji katechizmowej grzechu ciężkiego i lekkiego oraz próbować rozróżniać, gdzie była wolna wola i świadomość, a gdzie jej nie było. Socjolodzy, a szczególnie psycholodzy, próbują radzić i wyjaśniać. Chcą pomagać w ten sposób ludziom nękanym przez skrupuły. Czy jednak pokazywanie, że trudno jest zgrzeszyć ciężko rzeczywiście im pomaga? Nawet jeśli obiektywnie jest to grzech lekki, to dla kogoś może być to ciężar nie do uniesienia. Dlatego do tajemnicy człowieka przeżywającego swój grzech trzeba podejść indywidualnie, z szacunkiem i wrażliwością. Dobrze jest z nim porozmawiać, by zrozumieć jego sytuację i pomóc mu znaleźć ścieżkę wyjścia z duchowego impasu.

A co w sytuacji, kiedy spowiedź staje się rutyną, rytuałem bez głębszego znaczenia?

Spowiedź może stać się rutyną zarówno dla tych, którzy praktykują ją bardzo często, jak i tych, którzy spowiadają się „od święta”. Dzieje się tak zawsze, kiedy czynimy coś bez refleksji. Myślę, że takie jest podejście do spowiedzi, jakie jest do życia duchowego: do świadomości siebie i swojej drogi życiowej (co i dlaczego robię), Boga w moim życiu (kim On dla mnie jest). Wszystkim nam grozi chrześcijaństwo z etykietki. Nosimy wizytówkę z napisem „chrześcijanin”, ale zazwyczaj trzymamy ją w portfelu. Jako dzieci Boga nie potrafimy się cieszyć naszą wiarą, tym, kim jesteśmy i jak wiele otrzymaliśmy. Nie potrafimy również przeżywać ciężaru śmierci Chrystusa, dramatu własnych grzechów. Jesteśmy kuszeni, by żyć na powierzchni, bardziej rytmem tego świata niż oddychać Bogiem w codzienności.

Co robić, żeby rozpamiętywanie swoich upadków nie zdominowało naszej spowiedzi?

Tego nie wiem. Trzeba by spytać każdego z osobna. Wiem, że przez wiele lat z drżeniem podchodziłem do kratek konfesjonału, myśląc: „jak to powiedzieć?”, „co sobie ksiądz pomyśli?”, „czy będę pamiętał wszystkie grzechy?”. Potrzeba było lat i medytowania Słowa Bożego, by przyszło zrozumienie, że Miłosierny Ojciec na mnie czeka. Kiedy dzisiaj wybieram się do Sakramentu Pojednania, cieszę się! Nic nie zastąpi tego uczucia, gdy słowa przebaczenia, przekazywane mi przez kapłana, koją moje serce. I wiem, że jest to jedyne w swoim rodzaju spotkanie z Bogiem, który mi znów powiedział o swojej miłości, w tym miejscu, które tego najbardziej potrzebowało. Na nic nie zmieniłbym tego doświadczenia! Jako kapłan mam możliwość doświadczyć tego sakramentu z dwu stron. To również piękne uczucie móc widzieć, jak przez moją posługę, czyjeś łzy goryczy czy rozpaczy, zamieniają się w łzy radości. To niezapomniane doświadczenie.

Jak najlepiej się przygotować i od czego powinniśmy zacząć w przygotowaniu do spowiedzi?

Znów wrócę do przypowieści o Synu Marnotrawnym, bo tam zawarte jest wszystko. Młodszy syn miał tupet, by od ojca domagać się należnego mu majątku. Ojciec cierpi, ale pozwala mu zakosztować wolności. Pozwala mu odejść do „szkoły życia”. Tam też ów syn postanawia żyć po swojemu i rozrzutnie. Kiedy nastał głód w owej krainie, zaczyna kupować i żebrać, ale i to nie bardzo pomaga. Jego Sakrament Pojednania zaczął się od doświadczenia dotkliwego głodu. Błogosławiony głód, bo doprowadził go do zrobienia rachunku sumienia: „iluż to najemników mojego pana ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę” (Łk 15, 17). Ten niezaspokojony głód stał się początkiem wszystkiego. Syn zrobił bilans zysków i strat i doszedł do wniosku, że nie jest tu szczęśliwy. Postanawia więc coś zmienić. Nie godzi się na sytuację, w jakiej się znalazł przez swój grzech. Wtedy to pojawia się decyzja: „wiem, co zrobię. Zabiorę się i pójdę…” (Łk 15,18). Ta decyzja mówi wiele o jego desperacji. Młodzieniec jest świadom, że nie może być już synem, że po ludzku stracił wszystko. Żałuje tego, co zrobił. Chce być choć jednym z najemników. Ta decyzja mówi jednak również coś innego. Wie, że może wrócić! Oprócz uświadomienia sobie położenia po grzechu, każdemu z nas potrzebna jest świadomość, że mogę wrócić. Zdał sobie z tego sprawę Szymon Piotr po zaparciu się Jezusa, nie uwierzył w taką szansę Judasz i się powiesił. Oto konsekwencja ciężaru grzechu! 

Syn z przypowieści wyruszył w drogę przygotowawszy sobie to, co miał powiedzieć. Tyle zależy w spowiedzi od człowieka. Reszta to radość samego Ojca. Ta radość przykrywa wszystko. Nie ma tam miejsca na pokutowanie, zapewnianie, warunki, wypominanie. To jest miłość „marnotrawnego ojca”, który wręcz, po ludzku patrząc, trwoni swoją miłość obmywając brud grzesznika. Podobnie i nam w Sakramencie Pojednania, po przemyśleniu i przyjściu, trzeba szczerze wyznać, co jest w naszych sercach. Po tym wyznaniu trzeba jednak zamilknąć, by zobaczyć, usłyszeć, poczuć, jak nas traktuje nasz troskliwy Ojciec. Bez tego odkrycia możemy za jakiś czas znów prosić o „wyprawkę”.

I to jest moment rzeczywistego nawrócenia?

Tak. Bierze się ono nie z napominania czy wytykania błędów, ale z bezwarunkowego przyjęcia. Tego wszyscy potrzebujemy! Potrzebujemy „chcieć”, a nie „musieć” się zmieniać pod naporem napomnień. Dzieje się to tylko wtedy, gdy doświadczamy konkretnej bezwarunkowej miłości. Tak czynił Jezus, który siadał i jadał z grzesznikami i celnikami, ku zdziwieniu sprawiedliwych faryzeuszy. Ale czy i my nie zareagowalibyśmy tak, jak oni? Przecież gdyby do naszego domu przyszedł żebrak z ulicy, prosząc o obiad, czy, o ile pozwolilibyśmy mu wejść, nie kazalibyśmy mu najpierw iść do łazienki, by się umyć? Jezus zaś zasiadał z nimi, dając w ten sposób, jak mi się wydaje, dowód, że widzi w nich nie grzechy, ale rysy Swojego Ojca. Wielokrotnie się o tym przekonałem służąc w konfesjonale. Ludzie szczerze szukający przebaczenia win, nie potrzebują, by im przypominano ich grzechy, by stawiano warunki, wytykano błędy. To, co ich przemienia, to otwarte ramiona, dobre słowa, akceptacja. 

W jaki sposób należy się zachować, kiedy poczujemy się zranieni w konfesjonale przez spowiednika: jego słowami, postawą, opiniami, oceną czy w inny sposób?

Konfesjonał nie jest miejscem by ranić, ale by leczyć. Szafowanie sakramentu zostało powierzone ludziom, również słabym i grzesznym. Wiem z własnego doświadczenia, że jest to miejsce toczącej się walki duchowej, w której nieraz kapłani borykają się ze zmęczeniem, zniecierpliwieniem, złym zrozumieniem itp. Nie jest to oczywiście usprawiedliwienie złego zachowania. Rozumiejąc trud posługi w konfesjonale, w tym momencie i zawsze stanąłbym po stronie i w obronie osób zranionych w konfesjonale. Do tego nigdy nie powinno dochodzić! Jeśli ktoś, nie daj Boże, doświadczył złego zachowania, słów, kiedy źle zrozumiał słowa człowieka, nie powinien rezygnować z Boga! Tu też toczy się walka złego, który kusi penitenta, by został sam ze swoim poczuciem skrzywdzenia. Zamknięcie się w zranieniu nie jest najlepszą drogą do poradzenia sobie z tą sytuacją. Niektórzy udają się do innego, bardziej zaufanego kapłana, by się powierzyć w tej trudnej sytuacji. Jeśli kogoś by było na to stać, może udać się do owego kapłana, by wyjaśnić sprawę, powiedzieć o swoim przeżywaniu. Trzeba, o ile to możliwe, modlić się o Boże miłosierdzie dla niego i o łaskę przebaczenia mu.

Do czego penitent ma prawo?

Każdy, kto przychodzi do Sakramentu Pojednania ma prawo być przyjęty, wysłuchanym, potraktowanym z szacunkiem i troską. Wszyscy winniśmy wymagać od kapłanów postawy podobnej do postawy miłosiernego ojca. Taką postawę wskazuje nam Ewangelia. 

Co robić, jeśli moje sumienie nie wyrzuca mi czegoś, o czym wiem z nauczania Kościoła, że jest grzechem?

W naszym przeżywaniu wiary nie powinniśmy się chyba przede wszystkim koncentrować na wyszukiwaniu grzechów. Kiedy nawet w dobrej wierze, doszukujemy się grzechów, im właśnie poświęcamy naszą uwagę i czas. Gdybyśmy chcieli wyeliminować wszystkie nasze grzechy, stracilibyśmy na to całe nasze życie. A kiedy czas na czynienie dobra? Czasem zadaję sobie i innym takie pytanie: „nie zrobiłeś nic złego? Ale to przecież minimum!”. „Co dobrego ostatnio uczyniłeś?”

Z drugiej jednak strony nie możemy zapominać, że grzech istnieje. W naszym życiu duchowym, potrzeba nam troski o dobrze uformowane sumienie. Trzeba o nie dbać, by się nie spłyciło. Wtedy bowiem z większą łatwością będziemy potrafili powiedzieć: „sumienie nie wyrzuca mi niczego”. Dane mi jest nieraz słyszeć szczególnie, gdy ktoś współżyje bez ślubu lub przed ślubem, że nie „czuje żalu za ten grzech”. Oczywiście trudno jest żałować tego, że to było przyjemne. Ale czy biorę to pod uwagę, że dla Boga to może być nieprzyjemne…?

Mówi się, że dobrze jest mieć kierownika duchowego, albo stałego spowiednika. Jak rozumieć te „funkcje” i czy są one potrzebne?

Kierownictwo duchowe i spowiedź to dwie rzeczywistości, które w historii tego sakramentu w mniejszym czy większym stopniu połączyły się w jedno. W dzisiejszym podejściu do Sakramentu Pojednania jest miejsce na wyznanie grzechów i przebaczenie. Jest możliwe również, krótsze czy dłuższe pouczenie, które może spełniać rolę kierownictwa duchowego. Jest to nieraz ważne by, przychodząc z problemami i grzechami, móc usłyszeć jakąś podpowiedź, radę, wskazanie. Jeśli chodzi o stałem kierownictwo i spowiedź, czyli korzystanie z tej posługi u jednego kapłana, sprawa przedstawia się różnie. Są księża, którzy, nie czując się na siłach, nie podejmują się stałego kierownictwa czy spowiedzi. Niektórzy proponują spowiedź i kierownictwo razem. Wtedy spotkania odbywają się pewną regularnością, a w czasie ich trwania jest trochę więcej miejsca na wyznanie grzechów czy porozmawianie o tym, co dotyczy życia duchowego penitenta. Jeszcze inni starają się oddziałać sakrament od kierownictwa. W takim wypadku sakrament dotyczy samych grzechów a kierownictwo ogranicza się do prowadzenia osoby w jej postępach w życiu duchowym. Wówczas kierownikiem może być również inna osoba niż spowiednik.

Osobiście uważam, że samo kierownictwo, jakkolwiek w wielu wypadkach przydatne, nie jest do zbawienia koniecznie potrzebne. Znaczna część ludzi radzi sobie i to dobrze bez stałego kierownika duchowego. Inni potrzebują go na jakiś czas, by uporać się z jakąś trudnością lub poczynić postępy w życiu duchowym. Przeakcentowanie roli kierownika duchowego może rodzić pewne problemy. Zdarzyć się może „uzależnienie” emocjonalne, kiedy to osoby nie są w stanie wyobrazić sobie swojego życia duchowego bez nieustannej pomocy. Są i tacy, którzy są zależni od kierowników w podejmowaniu jakichkolwiek życiowych decyzji. Kierownik duchowy może i często jest punktem odniesienia, reprezentuje stanowisko Kościół, ale nigdy nie może być wyrocznią! Istnieje też druga skrajność: ludzie, którzy wcale nie liczą się ze zdaniem kapłana: jedni przekonani o tym, że do nich Bóg bezpośrednio się zwraca, drudzy, którzy zupełnie lekceważą stanowisko Kościoła.

Wydaje mi się, że piastujący funkcje w Kościele: liderzy, animatorzy, dyrektorzy dzieł itp. winni starać się o kierownictwo. Oni bowiem, z racji piastowanych funkcji, mogą szczególnie odczuwać na sobie walkę duchową, w której potrzeba jest nieustannego rozeznawania duchów.

Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym nr 2(101) 2009

Twoje konto w Bibliotece Formacji

Nie masz aktywnych subskrypcji

Dostępne subskrypcje

Dostęp do 10 filmów formacyjnych przygotowanych dla uczestników Seminarium Uzdrowienia Wewnętrznego.
Średni czas trwania jednego filmu to ok. 1h 10min.

Dostęp (odczyt) do materiałów formacyjnych przygotowanych na potrzeby Seminarium Uzdrowienia Wewnętrznego. W skład materiałów wchodzi Wstęp do SUW (jak dobrze przeżyć seminarium) oraz rozważania na każdy dzień (10 tyg,) dostosowane do konferencji wideo.

Biblioteka formacji
„Nieustannie stykamy się, jeśli nie poprzez doniesienia mediów, to we własnych kontaktach, z kryzysem wspólnoty. W pewnym momencie osoba uświadamia...
Napełnienie Duchem Świętym i doświadczenie żywej, radosnej wspólnoty chrześcijańskiej, jakie staje się udziałem wielu osób w grupach i wspólnotach...
Od czego zacząć? Czy od przypomnienia i ogólnego rozważania, że w drugiej połowie XX wieku i aż po dzień dzisiejszy, nastał kryzys w przystępowaniu...
Jednym ze środków rozwoju życia duchowego są sakramenty. Przez nie - przy pomocy znaków - widoczna staje się niewidzialna łaska, która spływa na...
Z o. Robertem Bujakiem SJ, rozmawia Agnieszka Strzępka. Agnieszka Strzępka: Po co człowiekowi spowiedź? Dlaczego may się spowiadać? o. Robert Bujak...
Newsy
W piątek i w sobotę 19-20 czerwca 2020r. w Borzęcinie Dużym odbyło się spotkanie Krajowego Zespołu Koordynatorów (KZK) Katolickiej Odnowy w Duchu...
Aktualizacja (zapisy na seminarium bedą odbywać się przez Bibliotekę formacji) Zapraszamy serdecznie do postawienia kolejnego kroku wiary, jakim...
Drodzy Pasterze, Liderzy i członkowie wspólnot Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym w Polsce! Przeżywany przez nas czas jest inny niż dotąd. W naszych...
Drodzy Liderzy, Animatorzy, członkowie grup modlitewnych i wspólnot Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym! W związku z rozprzestrzenianiem się pandemii...
Nowa wizja funkcjonowania i współpracy Krajowego Zespołu Koordynatorów Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym (KZK), przedstawienie bp Andrzeja...