Duch Święty z coraz większą mocą uświadamia nam dzięki Odnowie w Duchu Świętym, że człowiek żyjący we wszystkich częściach świata potrzebuje uzdrowienia duchowego. Pragniemy poprzez Słowo Boże powiedzieć wam o jednym aspekcie związanym z uzdrowieniem i świętością, bo wiemy, że w waszych sercach tkwi bardzo ważne pytanie: dlaczego uczestnicząc w grupach modlitewnych, modlitwach o uzdrowienie wewnętrzne i fizyczne, wydaje mi się, że ciągle jestem sam? Wydaje mi się, że nie przebyłem żadnej drogi do świętości? Po jakimś czasie przychodzi pewnego rodzaju depresja i wydaje się, że Jezus nie działa, choć ciągle ubiegam się o uzdrowienie wewnętrzne. Spróbujmy dziś odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób uzdrowienie łączy się ze świętością? Czy uzdrowienie wewnętrzne prowadzi mnie do jeszcze większej świętości?

Czym jest świętość?

Pierwsza rzecz, jaką możemy zrobić, to prosić, aby Duch Święty uświadomił nam, czym jest świętość. Najpiękniejszą definicję świętości wypowiedziało jedno dziecko, kiedy podczas katechizacji w katedrze pewien biskup zadał dzieciom pytanie: „kto to jest święty”? Pierwsze dziecko odpowiedziało: „świętym jest człowiek, który ma w sobie wiele darów”, a na to inne mówi – „nie, przecież Adam po stworzeniu był wypełniony wieloma darami, nie miał grzechu pierworodnego i wymyślił wszystko, przez co teraz cierpimy”. Na to jeszcze inne dziecko powiedziało: „nie, święty, to osoba, która nie popełniła żadnego grzechu”. Na co biskup mówi: „nie, nawet Jan Paweł II powiedział, że święci to nie są osoby, które nigdy nie upadły w grzechu, ale to są takie osoby, które gdy upadną zwracają się do Bożego miłosierdzia”. I wtedy jedno dziecko, które zobaczyło jak przez witraże w katedrze sączy się światło, mówi: „Święty to taka osoba, która pozawala, aby przechodziło prze nią Boże światło”. To przepiękna definicja świętości. Nie musimy być doskonali, ale mamy być wolni od samych siebie, naszych trudności, zawierzeni Panu. Pozwólmy, aby Pan nas przenikał swoją światłością. 

Kiedyś Matka Teresa opatrywała rany trędowatego muzułmanina. Jego rany wydzielały potworny smród i nikt nie chciał się do niego zbliżyć, a ponieważ Matka Teresa pielęgnowała go z wielką miłością, człowiek powiedział: „teraz wierzę, że Jezus jest nie tylko prorokiem. Zobaczyłem, że Jezus jest Synem Bożym”. – „Jak to zobaczyłeś?” – zapytała. – „Z miłości, która jest w twoich rękach” - odpowiedział.

Wyciągnij swoje dłonie ku Bogu, podnieś twarz ku niebu i powiedz Panu: napełnij mnie swoją miłością; spraw, abym był przejrzysty; przeniknij mnie swoim światłem.

Łaska od Boga i otwarcie na miłosierdzie

Spójrzmy. Z uzdrowieniem jest tak, jakbyś miał jakiegoś guza, taką masę chorych komórek, które zatrzymują się w ciele. Co się dzieje? Przychodzisz tutaj albo ktoś się za ciebie modli i działanie Jezusa wydobywa, usuwa, drąży i wyrzuca na zewnątrz ten guz. W jego miejscu powstaje pustka, którą trzeba wypełnić. Przy uzdrowieniu wewnętrznym sekret dojścia do świętości polega na tym, że Pan wydobywa zranienie wewnętrzne, ale człowiek musi wypełnić tę pustkę aktami miłosierdzia, wyjść ze swojego ja. Nie można ciągle ubiegać się o swoje uzdrowienie wewnętrzne!

Kiedyś przyszła do nas pewna dziewczyna która od 4 lat miała krwotoki. Lekarze nie widząc możliwości uzdrowienia, postanowili usunąć jej całą macicę. Pomodliłem się nad nią i została uzdrowiona. Teraz pracuje dla najbiedniejszych, bo zrozumiała, że nie może się zatrzymać na samym uzdrowieniu, ale musi rzucić się na głębię i kochać innych. 

Drugi krok polega na otwarciu się na Boże miłosierdzie. Spójrzmy na dobrego łotra wiszącego obok Jezusa na krzyżu. On nie tylko wyznał swój grzech, ale poprosił Chrystusa o miłosierdzie. Jest jedynym świętym kanonizowanym przez samego Jezusa. Być może ty też jesteś łotrem, może narozrabiałeś strasznie, ale jesteś dobry. Otwórz się na miłosierdzie Pana, przyjmij promienie Jego miłosierdzia. 

Pierwszy misjonarz w naszej wspólnocie miał na imię Nivaldo. Jako młodzieniec napadał na banki i handlował narkotykami. Pewnego dnia poczuł się zrozpaczony, bo jego wszyscy kumple zniknęli. Spotkał wtedy dwie dziewczyny, które mu powiedziały, że Jezus go kocha. On wcześniej nie znał Jezusa, ale kiedy one pomodliły się nad nim, doświadczył „chrztu w Duchu Świętym” i chociaż był analfabetą zaczął czytać. Poczuł w sobie ogień, upadł na ziemię i wstał całkowicie przemieniony i wolny. Odtąd jego jedyną bronią był krzyż Jezusa i zaczął ewangelizować narkomanów i dealerów, zaczął głosić Boże miłosierdzie, które go dotknęło. Nie zatrzymał się na swoich grzechach, ale był wpatrzony w Pana. Umarł jako święty, ratując życie. 

Duch Święty budzi nas, bo Bóg potrzebuje ewangelizatorów, którzy są uwolnieni od samych siebie. Chociaż jesteś wielkim grzesznikiem, przestępcą, którego nie da się znieść, to jesteś cudem w oczach Boga!

Dlaczego Jezus objawił się s. Faustynie właśnie w Polsce? Polska znajduje się na północy Europy. Jezus chce rzucić swoje promienie miłości na całą Europę poprzez was Polaków. Bądźcie odważni! Jezus chce żebyście byli misjonarzami!

Uwielbienie z Maryją

Cieszymy się, że jesteśmy tu razem z wami. Przyjechaliśmy z Brazylii i dziś wieczorem przyszliśmy na ten plac do Madonny. Uklękliśmy przed jej figurą na placu i ucałowaliśmy ziemię tego placu, bo przypomnieliśmy sobie papieża Jana Pawła II, który przyjechał do Brazylii i ucałował ziemię brazylijską. Przywozimy wam pocałunek od Brazylii; pocałunek od ubogich, porzuconych, dzieci ulicy, więźniów, od młodych zniszczonych przez narkotyki i prostytucję, pocałunek od młodych, umierających z głodu, chociaż nie zasłużyli na taką śmierć, od ludzi pokrytych ranami z powodu trądu i głodu. Bóg stwarza pomost miłosierdzia. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. Od czasu Jana Pawła II ta rodzina dzieci Maryi stała się bardziej zjednoczona. Dzisiaj chcemy wysławiać Maryję, Matkę uwielbienia, Niewiastę Ducha.

Święty zamęt

Kiedy Maryja przybywa w jakieś miejsce, wówczas dzieje się tam zamęt, bo wszyscy są jakby zarażeni ogniem Ducha Świętego. Tam, gdzie przychodzi Maryja jest zesłanie Ducha Świętego. Ojciec Pio mówił swojemu synowi duchowemu: jak nie mogę dać rozgrzeszenia penitentom, widzę koło nich Matkę Bożą, która patrzy błagalnym wzrokiem i prosi Daj rozgrzeszenie, to są moje dzieci. 

Kiedy Matka Boża przyjęła Ducha Świętego podczas zwiastowania, natychmiast zaczął się powszechny zamęt. Maryja idzie do Elżbiety i ledwo tam się zjawia, Elżbieta zostaje napełniona Duchem Świętym. Ale to nie koniec. Bo kiedy zostaje napełniona Duchem Świętym, dziecko skacze z radości w jej łonie. Jan Chrzciciel otrzymał „chrzest” w Duchu, będąc jeszcze w łonie matki. Kiedy Maryja pozdrowiła Elżbietę, nastąpiło wylanie Ducha Świętego na Elżbietę. Kiedy przychodzi na świat Jan Chrzciciel, wtedy Zachariasz napełniony Duchem Świętym zaczyna prorokować, ale to nie koniec, bo później przy narodzeniu Chrystusa, Duch zstępuje na wszystkich pasterzy wielbiących Boga. Maryja chce, abyśmy byli napełnieni ogniem Ducha, a to staje się wówczas, gdy wielbimy Boga. Uwielbiajmy Jezusa, razem z pasterzami, którzy przybyli do narodzonego Jezusa, uwielbiamy jego święte Imię. - Wielbimy Cię, Panie Jezu, błogosławimy Cię za polską ziemię, za Jasna Górę, gdzie Maryja króluje, napełnij nas swoim świętym Duchem, Panie. Czy wierzysz w to, że Matka Najświętsza stoi tutaj z nami? Witaj Matko Boża, kochamy Cię! Ześlij swojego oblubieńca, Ducha Świętego. Kiedy Maryja idzie ofiarować Jezusa w świątyni, starzec Symeon i prorokini Anna czują się ogarnięci ogniem Ducha Świętego. Bo Jezus jest tym, który przyszedł chrzcić w Duchu Świętym i w ogniu. Przyjdź Duchu Święty, za wstawiennictwem Dziewicy Maryi. Zstąp Duchu Święty dzisiaj zwłaszcza na osoby starsze, aby mogły być wstawiennikami za całą polską młodzież, za wszystkich młodych ludzi. Miej pewność, że Matka jest z tobą i z uśmiechem patrzy na ciebie i obejmuje ciebie mówiąc: dziękuję! Ona chce, żebyś był jej żołnierzem, abyś razem z Nią ratował młodzież i mówi: Bądźcie sercem Polski, która bije miłością.

Mama z nieba kocha mnie… 

W Brazylii, o trzeciej nad ranem z naszą wspólnotą chodzimy odwiedzać prostytutki i dajemy im medalik z Matką Bożą. Pewnej nocy przyszliśmy do jednej prostytutki, daliśmy jej medalik, ona nie chciała go przyjąć, ale nalegaliśmy i ostatecznie wzięła. W tym momencie przyjechał samochód z trzema młodymi ludźmi, ustalili cenę za usługę i odjechali. Następnej nocy przyszliśmy w to samo miejsce i owa prostytutka opowiedziała, co stało się poprzedniej nocy. Ci trzej mężczyźni powiedzieli, że chcą ją zabić. Jeździli po ulicach Sao Paolo, żeby dać jej jeszcze trochę czasu i w końcu wywieźli ją na peryferie. Ona krzyczała – Nie możecie mnie zabić, a oni się z niej naśmiewali. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że trzyma w dłoni medalik Matki Bożej, popatrzyła na niego i powiedziała: Mamo, pomóż mi. Chwilę później mężczyźni powiedzieli: nie rozumiemy, co się z nami dzieje, ale darujemy ci życie. Pobili ją, ale zostawili żywą na ulicy. Ona płacząc, powiedziała nam: Mama z nieba jest ze mną. Nawet, jeśli jestem prostytutką, Mama z nieba kocha mnie… 

Tekst jest konferencji wygłoszonej podczas XV Czuwania Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze.

Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas. Spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów a głupstwem dla pogan (1Kor 1,18-23).

Przytoczone wyżej słowa św. Pawła przypominają nam o ważnej, jeśli nie najważniejszej powinności: głoszenia słowa Bożego. Wagę tego zadania, a zarazem przywileju podkreśla sam Apostoł Narodów w innym miejscu, kiedy to świadomy spoczywającego na nim obowiązku, woła: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! (1Kor 9,16). Dlatego też głoszenie Dobrej Nowiny wyróżnił spośród innych zadań, czemu wyraz daje, gdy pisze: Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża (1Kor 1,17). Zatem nie chodzi tutaj o jakiekolwiek głoszenie i nie chodzi o głoszenie czegokolwiek, ale Apostoł wskazuje na to, że w głoszeniu Ewangelii przede wszystkim należy zatroszczyć się o krzyż Chrystusa. To właśnie Chrystus ukrzyżowany jest Odwiecznym Słowem Ojca, Słowem Wcielonym. To On obiecał, że zostanie z nami aż do skończenia świata, a swoją obietnicę realizuje przede wszystkim poprzez Eucharystię, uobecniającą Jego zbawczą Ofiarę i głoszenie słowa. - Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów a głupstwem dla pogan (1Kor 1,22-23). 

Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie do których zwraca się Paweł, wiedzą doskonale, że Chrystus już zmartwychwstał i żyje, ale Apostoł z palącą troską przypomina nie tylko sobie współczesnym, ale każdemu z nas, że Zmartwychwstały jest zawsze tym, który został ukrzyżowany, że tak, jak Chrystusa nie można oddzielić od Jego zbawczej Ofiary, która dokonała się na krzyżu, tak też głoszenia orędzia o zbawieniu nie można oderwać od Jego Paschy. Pierwszym zadaniem Kościoła, a zatem każdego ruchu, każdej wspólnoty kościelnej, wreszcie każdego chrześcijanina (każdy ochrzczony ma udział w prorockiej misji Kościoła) jest ewangelizacja - głoszenie Ewangelii Chrystusa, która swoją moc czerpie z ofiary krzyża. 

Warto zapytać o to, co znaczy ewangelizować i jak mam to robić? Znowu z odpowiedzią przychodzi tegoroczny patron: głosić tak, „aby nie zniweczyć Chrystusowego krzyża”. Dlatego najpierw sam muszę się zakorzenić w krzyżu Chrystusa, jako drzewie życia, bo w przeciwnym razie, powtarzając, jakże ważne prawdy: „Jezus żyje!”, „Bóg jest miłością!”, „Alleluja!” - mogę uprawiać pobożną propagandę, która może drażnić bardziej, niż pobudzać do nawrócenia. Zarówno Chrystusowi, jak św. Pawłowi zależy nie tyle na tym, żeby Ewangelię powtarzać, ale na tym, żeby ją głosić – Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu (Mk 16,15). To głoszenie ma się wydobywać nie tyle z ust, co z głębi ducha, i ma być nie tyle powtarzaniem intelektualnie poznanej prawdy, co dzieleniem się z innymi ze spotkania Zmartwychwstałego, abyśmy za św. Janem mogli powiedzieć: Głosimy wam, co ujrzeliśmy własnymi oczami i na co patrzyliśmy, i czego dotykały nasze ręce (J 1,1). „Nemo dat quod non habet” – „niczego nie dam, czego nie posiadam” - mówi łacińskie adagium, a św. Augustyn podobnie ujmując tę prawdę, powiedział, do tych, którym pasterzował: „Karmię Was tym, czym żyję”. 

Życie Paschą Jezusa jest poniekąd warunkiem ewangelizacji. Aby głosić Dobrą Nowinę, samemu muszę zanurzyć się w krzyżu Jezusa, w Jego śmierci, a raczej pozwolić Mu mnie zdobyć (sam zostałem zdobyty przez Jezusa Chrystusa Flp3,12). Św. Paweł wyznaje szczerze, że Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, aby zyskać sprawiedliwość, pochodzącą od Boga, opartą na wierze przez poznanie Go: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak też udziału w jego cierpieniach w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych(Flp 3,8-10). Te „śmieci”, o których pisze św. Paweł, to jest to wszystko, co przeszkadza być w pełni dla Jezusa. Wydaje się, że Apostoł stoi już jakby obok tych śmieci, że został z nich oczyszczony. Oczyszczenie w duchowości chrześcijańskiej wiąże się z cierpieniem, z umieraniem „starego człowieka” i rodzeniem w bólach synów Bożych, to znaczy z wejściem w Paschę Jezusa. „Zgorszenie” i „głupstwo” krzyża polegają właśnie na fakcie, że tam, gdzie zdaje się być wyłącznie niepowodzenie, cierpienie, porażka, tam właśnie jest cała moc bezgranicznej Miłości Boga, ponieważ Krzyż jest wyrazem miłości, a miłość jest prawdziwą mocą. Dlatego głoszenie Chrystusa ukrzyżowanego jest głoszeniem miłości i mocy, która objawia się właśnie w tej pozornej słabości. Dlatego św. Paweł właśnie z tego, że słowa „krzyż”, uczynił podstawowy punkt swego przepowiadania. 

Słowa: „Jezus Panem!”, wołanie: „Jezus żyje!”, czy śpiew „Alleluja”, których często używamy i którymi się posługujemy w naszych wspólnotach, na spotkaniach modlitewnych czy podczas ewangelizacji, niosą w sobie pewien ładunek Bożej mocy i orędzie o zbawieniu. Ale istnieje też niebezpieczeństwo, że mogą pozostać kolejnym sloganem czy pustosłowiem, jeżeli nie są zakorzenione w naszym życiu, w naszej codzienności, w postawy, gesty, sposób bycia. Jeżeli nie kształtują naszej duchowości, nie rewidują sumienia, nie wypływają z osobistej więzi z Panem, tak naprawdę zapominamy, że wielkanocne „Alleluja” jest pieśnią zwycięstwa nad ciemną nocą Wielkiego Piątku, nad potęgą grzechu i ludzkiej słabości i nad odwiecznym wrogiem ludzkości, pokonanym ostatecznie na drzewie krzyża.

By nie zniweczyć Chrystusowego krzyża - to Pawłowe wezwanie dla wszystkich, którym zależy na tym, aby słowo Boże mogło biec, którzy zatroskani są o głoszenie Dobrej Nowiny, ale jest to również zaproszenie do odkrywania tajemnicy krzyża, jego zbawczej mocy. Głoszenie Chrystusa ukrzyżowanego to jednocześnie dawanie nadziei tym, którzy w różny sposób zostali ukrzyżowani, a dla których krzyż jest zgorszeniem, głupstwem i hańbą. Głoszenie mocy krzyża, to wnoszenie Światła w ogromne niekiedy przestrzenie ciemności ludzkich serc, to manifestowanie orędzia o zbawieniu, dokonanym na drzewie krzyża. Ciągle jednak trzeba pamiętać, że świadectwo słów ustępuje miejsca świadectwu czynów, dlatego pierwszym głoszeniem jest życie Paschą Jezusa w codzienności, biorąc swój krzyż na każdy dzień jak Marta Robin, Matka Teresa z Kalkuty, Jan Paweł II, czy wielu innych, może miej znanych. Oni nie musieli wiele mówić, aby być światłem dla świata, ponieważ głosili Ukrzyżowanego, nosząc w sobie „konanie Jezusa”.

Nie zniweczyć Chrystusowego krzyża, to wykorzystać każde cierpienie, każdą spotkaną przykrość, chorobę, niepowodzenie dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24), to włączyć się w apostolat cierpienia. Chrystus potrzebuje cierpienia wielu osób, gdyż dopełnia się miara grzechu, nieprawości, jakby owo „misterium iniquitatis”, „tajemnica niegodziwości”, osiągała swój szczyt. Dlatego potrzebni są cisi pomocnicy krzyża, którzy „dopełniają braki udręk Chrystusa”. To apostolstwo cierpienia nabiera w obecnych czasach szczególnego znaczenia, dlatego głoszenie Chrystusa ukrzyżowanego może ukazać człowiekowi, często zagubionemu i osamotnionemu w cierpieniu, głęboki sens ofiary i krzyża, i jego niekwestionowaną wartość. Krzyż jest miejscem rodzenia świętości, jest łożem boleści, ale też mocy, ołtarzem, na którym w całopalnej ofierze jednoczymy się z Ofiarą Chrystusa. 

Powracamy dzisiaj do św. Pawła i jego myśli. Mamy do czynienia z gigantem nie tylko w konkretnym apostolstwie, ale również w zakresie doktryny teologicznej, niezwykle głębokiej i pobudzającej do refleksji. Ostatnio razem zastanawialiśmy się nad tym, co Paweł napisał na temat centralnego miejsca, jakie Jezus Chrystus zajmuje w naszym życiu wiary. Dziś natomiast chcemy przyjrzeć się temu, co mówi o Duchu Świętym i Jego obecności w nas, ponieważ również w tej dziedzinie Apostoł może nas nauczyć czegoś ważnego.

Wiemy, co św. Łukasz mówi nam o Duchu Świętym w Dziejach Apostolskich, opisując wydarzenie Pięćdziesiątnicy. Duch Pięćdziesiątnicy niesie z sobą mocne wezwanie do misyjnego zaangażowania, aby dawać świadectwo o Ewangelii na drogach świata. Istotnie, księga Dziejów Apostolskich opowiada o szeregu misji podejmowanych przez apostołów, najpierw w Samarii, potem w nadmorskiej strefie Palestyny, a następnie w Syrii. Przede wszystkim znajdujemy opowiadania o trzech wielkich wyprawach misyjnych Pawła, jak już o tym wspomniałem podczas poprzedniego środowego spotkania. 

Jednak św. Paweł mówi nam w swoich listach o Duchu Świętym również z innego punktu widzenia. Nie ogranicza się on tylko do ukazania dynamicznego i efektywnego oddziaływania trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej, ale analizuje również Jej obecność w życiu chrześcijanina, którego tożsamość jest nią naznaczona. Mówiąc inaczej, Paweł podejmuje refleksję nad Duchem, ukazując nie tylko Jego wpływ na postępowanie chrześcijanina, ale także na samo jego życie. To on bowiem mówi, że Duch Boży w nas mieszka (por. Rz 8,9; 1Kor 3,16) oraz że Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego (Ga 4,6). Tak więc, według Pawła, Duch Święty kształtuje nawet najgłębsze pokłady naszej osobowości. Oto niektóre jego znaczące słowa na ten temat: prawo Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, wyzwoliło cię spod prawa grzechu i śmierci. (...) Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze! (Rz 8,2.15), ponieważ jako synowie możemy mówić do Boga „Ojcze”. Widzimy więc dobrze, że chrześcijanin, jeszcze zanim zacznie działać, posiada już bogate i owocne życie wewnętrzne, dane mu w sakramentach chrztu i bierzmowania. To życie wewnętrzne stawia go w obiektywnej i pierwotnej relacji synostwa w odniesieniu do Boga. Oto nasza wielka godność: godność wynikająca stąd, że nie jesteśmy tylko obrazem Boga, ale synami Bożymi. Jest to także wezwanie, abyśmy przeżywali nasze synostwo, abyśmy coraz lepiej uświadamiali sobie, że jesteśmy przybranymi synami w wielkiej rodzinie Bożej. Jest to zachęta, by przemienić ten obiektywny dar w subiektywną rzeczywistość, kształtującą nasz sposób myślenia, działania, życia. Bóg uznaje nas za swoich synów, wyniósł nas do podobnej, choć nie równej godności, jaką ma sam Jezus, jedyny prawdziwy Syn w pełnym znaczeniu. W Nim zostaje nam dana lub przywrócona synowska kondycja oraz ufność i wolność w relacji z Ojcem.

W ten sposób odkrywamy, że dla chrześcijanina Duch nie jest już tylko „Duchem Bożym”, jak zwykle mówi się w Starym Testamencie i powtarza w języku chrześcijańskim (por. Rdz 41,38; Wj 31,3; 1Kor 2,11.12; Flp 3,3 itd.). I nie jest nawet tylko „Duchem Świętym”, pojmowanym w sposób ogólnikowy, zgodnie ze sposobem wyrażania się Starego Testamentu (por. Iz 63,10.11; Ps 51 [50],13), a także w samym judaizmie, w jego pismach (Qumran, rabinizm). Do specyfiki wiary chrześcijańskiej należy bowiem wyznanie pierwotnego współudziału w Duchu zmartwychwstałego Pana, który sam stał się „duchem ożywiającym” (1Kor 15,45). Dlatego też Paweł mówi wprost o „Duchu Chrystusowym” (Rz 8,9), o „Duchu Syna” (Ga 4,6), o „Duchu Jezusa Chrystusa” (Flp 1,19). Jak gdyby chciał powiedzieć, że nie tylko Bóg Ojciec jest widzialny w Synu (por. J 14,9), ale że również Duch Boży wyraża się w życiu i działaniu ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Pana!

Paweł uczy nas jeszcze innej ważnej rzeczy; mówi, że nie ma prawdziwej modlitwy, jeśli Duch Święty nie jest w nas obecny. Pisze: Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba - a jakże prawdziwe jest to, że nie umiemy rozmawiać z Bogiem! - sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą (Rz 8,26-27). Moglibyśmy powiedzieć, że Duch Święty, to znaczy Duch Ojca i Syna, jest już niejako duszą naszej duszy, najtajniejszą częścią naszego jestestwa, skąd wznosi się nieustannie do Boga modlitwa, której nie możemy nawet wyrazić w słowach. Duch bowiem zawsze czuwa w nas, uzupełnia nasze braki i ofiaruje Ojcu naszą cześć razem z naszymi najgłębszymi pragnieniami. Oczywiście, wymaga to głębokiej komunii życiowej z Duchem. Jest to zachęta, byśmy byli coraz bardziej wrażliwi i czujni na tę obecność Ducha w nas, by przemieniać ją w modlitwę, by czuć tę obecność i w ten sposób uczyć się modlić, rozmawiać z Ojcem jako synowie w Duchu Świętym.

Istnieje jeszcze inny, charakterystyczny aspekt działalności Ducha, który ukazuje nam św. Paweł: Jego związek z miłością. Apostoł pisze: A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany (Rz 5,5). W Encyklice Deus caritas est przytoczyłem bardzo wymowne zdanie św. Augustyna: Jeśli widzisz miłość, widzisz Trójcę (n.19), a dalej wyjaśniałem: Duch bowiem jest ową wewnętrzną mocą, która harmonizuje (...) serca [wierzących] z Sercem Chrystusa i skłania ich do miłowania braci, tak jak On ich miłował (tamże). Duch wprowadza nas w rytm życia Bożego, które jest życiem miłości, sprawiając, że osobiście uczestniczymy w relacjach istniejących między Ojcem i Synem. Nie bez znaczenia jest fakt, że wymieniając różne owoce Ducha, Paweł na pierwszym miejscu stawia miłość: Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój itd. (Ga 5,22). A ponieważ z samej definicji miłość jednoczy, oznacza to przede wszystkim, że Duch jest sprawcą komunii w obrębie wspólnoty chrześcijańskiej, jak mówimy na początku Mszy św., posługując się słowami Pawłowymi: „dar jedności w Duchu Świętym” [to znaczy tej, która jest Jego dziełem] niech będzie z wami wszystkimi (por. 2Kor 13,13). Jednakże z drugiej strony jest też prawdą, że Duch pobudza nas do zacieśniania więzi miłości ze wszystkimi ludźmi. Tak więc, kiedy kochamy, pozwalamy Duchowi działać, pozwalamy Mu wyrazić się w całej pełni. To pozwala zrozumieć, dlaczego Paweł w tym samym fragmencie Listu do Rzymian zestawia dwa wezwania: Bądźcie płomiennego ducha, oraz: Nikomu złem za zło nie odpłacajcie (Rz 12,11.17).

I wreszcie, według św. Pawła, Duch jest szczodrym zadatkiem, danym nam przez samego Boga jako zapowiedź i zarazem rękojmia naszego przyszłego dziedzictwa (por. 2Kor 1,22; 5,5; Ef 1,13-14). W ten sposób uczymy się od Pawła, że działanie Ducha Świętego kieruje nasze życie ku wielkim wartościom: miłości, radości, jedności i nadziei. Do nas należy realizowanie tego na co dzień w odpowiedzi na wewnętrzne sugestie Ducha, korzystając w rozeznaniu z pomocy światłego kierownictwa Apostoła.

Może zdarzało się nam myśleć, że do ewangelizacji nadają się inni, ale nie my. Towarzyszyły nam wtedy myśli, np.: „za mało wiem”, „nie umiem się wysłowić”, „jestem zbyt nieśmiały”, „mam za mało czasu”... Tymczasem, ewangelizować może każdy z nas. Nie wszyscy jesteśmy powołani do posługi w więzieniu czy publicznego przemawiania, ale możemy dzielić się naszą wiarą, nadzieją, miłością z bliźnimi w codziennych relacjach. Nie wymaga to studiów teologicznych, ani wielkich talentów. Po prostu trzeba kochać Jezusa i ludzi oraz być prawdziwym. Pan Jezus powiedział: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi (Mk 1,17). Abyśmy stawali się rybakami ludzi, trzeba więc, byśmy szli za Jezusem. Wtedy On uzdolni nas do apostolstwa.

Żyjemy wśród ludzi. Członkowie rodziny, ludzie w środowisku pracy lub nauki, sąsiedzi czy, znajomi potrzebują Jezusa, choć nie zawsze o tym wiedzą. Bóg pragnie zbawić każdego człowieka, objawiać mu miłość, wyzwalać ze zła, prowadzić ku pełni życia w Duchu Świętym. On pragnie szczęścia dla nas i dla naszych bliźnich. Apostolstwo jest więc udziałem w zatroskaniu Jezusa o ludzkie szczęście na całą wieczność. I choć Bóg kocha każdego nieskończoną miłością i chce mieć go jak najbliżej siebie, szanuje ludzką wolność i nie zmusza do nawrócenia. Mógłby poradzić sobie bez naszego pośrednictwa, ale daje nam przywilej współpracy w łowieniu serc. 

Skoro odkrywam, jak dobry jest Pan, to spontanicznie rodzi się we mnie pragnienie, aby moi bliźni poznali i pokochali Boga, nie marnowali życia na to, co ich niszczy, zniewala, ale by przyjęli od Niego wolność i szczęście. Poznając Boga odkrywam także Jego wspaniałość, a rozważając Słowo Boże - Jego pragnienia obdarowywania nas. I wierzę, że Duch Święty przynagla mnie, abym nie zachowywał tego dla siebie, ale bym niósł nadzieję zrozpaczonym, pocieszał smutnych, pomagał bliźnim otwierać się na łaskę uzdrowienia, umocnienia. Ufam, że to w Jezusie Chrystusie jest odpowiedź na każdą ludzką słabość, biedę, problem, chorobę, zniewolenie. Bo nie chodzi tylko o pomoc w konkretnej potrzebie, ale o przyjęcie Jezusa z ufnością, wdzięcznością i posłuszeństwem.

Modlitwa

We wszystkim jesteśmy zależni od Boga. To On otwiera serca na łaskę przemiany. Trzeba zatem, byśmy zaczynali od modlitwy. W uwielbieniu inspirowanym Słowem Bożym możemy poznawać Boga prawdziwego i fascynującego; w modlitwie dziękczynnej - odkrywać Jego działanie i hojność, zaś w modlitwie prośby - błagać Pana, by wyzwalał nas z tego, co przeszkadza w ewangelizacji (np. egoizmu, pychy, lenistwa, skąpstwa, wygodnictwa), a także by uzdalniał do miłości bliźniego, do świadectwa życia oraz obdarowywał potrzebnymi w ewangelizacji zdolnościami i charyzmatami. Potrzeba też modlitwy za osoby, które pragniemy pozyskać dla Pana. Możemy zrobić listę osób z różnych obszarów (rodzina, środowisko pracy lub nauki, sąsiedzi, znajomi), zwaną listą OIKOS (słowo to oznacza nasze środowisko życia). Warto modlić się za te osoby regularnie, a nasza modlitwa ma być ufna, pokorna i wytrwała.

Świadectwo życia

Tak, jak, aby świadczyć o Bogu, który jest miłością, trzeba kochać, tak by pozyskiwać dla Ewangelii bliźnich, trzeba dla niej najpierw pozyskać samego siebie. Dla ewangelizowanego doświadczenie miłości jest ważniejsze od deklaracji słownych. Czyny mówią bowiem o wiele głośniej niż słowa. 

Na świadectwo życia składają się m.in. takie elementy, jak: uczciwość, prawość, prawdomówność, rzetelność, sumienność, pracowitość, uprzejmość, schludność, szacunek dla bliźniego, uczynność, hojność, gościnność, ofiarność, punktualność, odpowiedzialność, wierność, pogoda ducha, empatia, życzliwość, gotowość niesienia pomocy, skromność, pokora, prostota, autentyzm, wyrozumiałość, ciepło, serdeczność, miłość i wypływająca z niej postawa służby.

Przykład chrześcijańskiego życia i dobre uczynki przyciągają ludzi do wiary i do Boga. Miłość może wyrazić się w myślach, słowach i czynach, w uważnym słuchaniu i zainteresowaniu. Bardzo ważna jest akceptacja człowieka. Jezus zawsze patrzył na ludzi z miłością i już samo Jego spojrzenie przemieniało. Trzeba więc, byśmy patrzyli na ludzi tak, jak Jezus. Możemy prosić Boga, aby błogosławił wszystkich, na których spoglądamy, do których mówimy, których słuchamy. Chrystus nie odrzucał, nie przekreślał, ale kochał i dawał nadzieję. Dziś Jezus w widzialnej postaci nie chodzi po ziemi, ale On żyje w nas i przez nas pragnie okazywać ludziom swoją miłość, udzielać pociechy, zachęty, pomocy. Szczególnie ważne jest bycie z ludźmi w ich kryzysach, cierpieniach, bo w trudnej sytuacji łatwiej odkryć potrzebę Boga. Wtedy szczególnie potrzeba naszej obecności, troski, wsparcia, budzenia nadziei. Nie chodzi jednak o to, byśmy ludzi nieustannie pouczali czy zarzucali mnóstwem rad, ale byśmy służyli im tak, jak Jezus chciałby im usłużyć.

Można też zaproponować wspólną modlitwę. Przed laty odwiedził mnie znajomy. Był załamany, bo żona odeszła od niego. Podczas rozmowy zapytałem go, czy chciałby, abyśmy się razem pomodlili. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi, zachęciłem go do oddania siebie Jezusowi jako Panu i Zbawicielowi, a zarazem powierzenia Bogu swoich problemów. Po niedługim czasie żona wróciła do niego. Wzięli obydwoje udział w Seminarium Odnowy, przeżyli ogromną przemianę i włączyli się w życie wspólnoty, a także podjęli posługę ewangelizacyjną. Tak nieraz niewiele potrzeba, aby Bóg uczynił cud.

Świadectwo słowa

Ukazuje ono, jak nasze życie zostało zmienione przez Jezusa Chrystusa, jak doświadczyliśmy Bożego zwycięstwa 

Są różne rodzaje świadectw, m.in.: nawrócenia, uzdrowienia (duchowego, wewnętrznego, fizycznego, relacji), procesu wewnętrznej przemiany, ukazujące Opatrzność Bożą, Boże prowadzenie, wysłuchanych modlitw, obudzenia charyzmatów i posługiwania nimi, doświadczeń w zaangażowaniach apostolskich.

Świadectwo możemy składać nie tylko w grupie modlitewnej czy w ramach zorganizowanej ewangelizacji, ale również w zwykłej rozmowie. Nie prezentuje ono idei czy doktryn, ale konkretne wydarzenia z naszego życia, w których objawiło się zbawcze działanie Pana, a jednocześnie pokazuje, że Chrystus może to życie zmienić. Gdy dzielimy się z bliźnimi naszym osobistym doświadczeniem, może to ożywić ich wiarę, wzbudzić pragnienie zbliżenia do Boga działającego. Jezus żyje. On może i pragnie w życiu naszych rozmówców dokonywać wielkich rzeczy. Trzeba, więc byśmy starali się budzić w nich nadzieję płynącą z mocy i miłości Boga. Nie chodzi jednak o tanie pocieszanie: „Zaufaj Bogu, a wszystko będzie dobrze”. Bóg nie zawsze działa wg naszych scenariuszy. Czasem potrzeba długiej drogi, by sytuacja się przemieniła. Bóg jednak jest dobry także wtedy, gdy nie spełnia naszych oczekiwań. Nierzadko nie zaczyna od zmiany sytuacji zewnętrznej, ale od przemiany naszych serc. Zanim nawróci członków naszej rodziny, zazwyczaj chce nawrócić nas samych. Nie zawsze uzdrawia ciało, ale zawsze pragnie leczyć nas duchowo. Przydatne bywa więc proste mówienie prawdy o Bogu. Możemy powiedzieć: „Bóg dał nam dziś piękny dzień”, „dzieci są jednym z najcenniejszych darów Bożych” lub „te piękne krajobrazy nasuwają mi myśl, jak wspaniały i potężny musi być Ten, kto je stworzył”. 

Błędy, których warto unikać

Nie jestem idealnym ewangelizatorem. Popełniłem w życiu wiele błędów, ale staram się z nich wyciągać wnioski. Pragnę ostrzec przed takimi błędami, jak:

  • niecierpliwość, krytycyzm, próba osądzania rozmówcy,
  • uszczęśliwianie na siłę - brak szacunku dla wolności drugiego człowieka,
  • moralizatorstwo,
  • wywyższanie się,
  • zbyt długie monologi, przekazywanie zbyt wielu informacji naraz,
  • brak uważnego słuchania,
  • za małe zainteresowanie tym, co interesuje rozmówcę,
  • zbyt mała wrażliwość na jego uczucia, potrzeby i problemy,
  • niewłaściwe motywacje (np. chęć odniesienia sukcesu ewangelizacyjnego ważniejsza od drugiego człowieka),
  • pouczanie i radzenie,
  • teoretyzowanie, posługiwanie się sloganami,
  • nadmierne mówienie o sobie (świadectwo i dzielenie jest przydatne, ale należy zachować umiar),
  • przedstawianie Boga jako automatu do spełnienia życzeń;
  • postawa polemiczna (powinniśmy starać się ocalać w wypowiedzi rozmówcy to, co wartościowe, a nie koncentrować się na jej słabych punktach).

Warto pamiętać o tym, że to Bóg daje łaskę nawrócenia, a nie ewangelizator. Pan znajdzie najlepszy czas i sposób na przemianę ludzkiego serca. Bywa tak, że ktoś zbliża się do Boga po wielu latach modlitwy za niego. To Jezus jest Zbawicielem, a nie ktoś z nas. My siejemy, lecz wzrost daje Bóg.